Zaloguj się RU RU EN EN PL PL ES ES
muzmo.org
Z piekła miodem – relacja z koncertu Helloween w warszawskiej Hali Koło [RELACJA]
 Add to favorites

Pierwszy raz w historii zdarzyło się, by znany zachodni zespół przyjechał do nas nie z jednym, nie z dwoma, a z trzema wokalistami, którzy śpiewali w nim w różnych okresach jego działalności. Pumpkins United, czyli zjednoczone siły Helloween zagrały trzygodzinny koncert z oprawą godną przeszło trzech dekad jego kariery. Kilka tysięcy fanów nie mogło być rozczarowanych.

• Niemiecka heavymetalowa grupa Helloween wystąpiła w warszawskiej Hali Koło

• Zespół wystąpił ze wszystkimi dotychczasowymi wokalistami i grał przez pełne trzy godziny

• Był to pierwszy od 30 lat koncert Helloween w Polsce, na którym usłyszeliśmy wokalistę Michaela Kiske i gitarzystę i wokalistę Kaia Hansena

Przeszło trzydzieści lat polscy fani czekali na taki koncert – Helloween z muzykami, którzy współtworzyli najsłynniejsze płyty zespołu. Niemieccy tytani power metalu odwiedzali nas co prawda w ostatnich latach wielokrotnie, ale z wyjątkiem dwóch koncertów na Metalmanii ’87, działo się to bez wokalisty Michaela Kiske oraz gitarzysty i współzałożyciela zespołu Kaia Hansena, który zresztą dzierżył wokalne stery na pierwszej płycie zespołu, "Walls of Jericho".

Dzięki "Pumpkins United World Tour" w składzie Helloween znowu mamy i Kiske, i Hansena, czyli tych muzyków, za którymi fani Helloween tęsknili najbardziej. Zjednoczony siedmioosobowy zespół objeżdża świat, prezentując trzygodzinne show. Sto osiemdziesiąt minut to wyjątkowo duża dawka muzyki, ale jak najbardziej uzasadniona bardzo obszernym muzycznym katalogiem formacji. Innymi słowy, są utwory których Helloween po prostu nie może nie zagrać, a wiele z nich ma przecież dość rozbudowaną konstrukcję – dla przykładu sam "Keeper of the Seven Keys" trwa w wersji studyjnej prawie czternaście minut. Podobnie "Halloween".

Obecność w składzie dwóch, a właściwie trzech wokalistów, była najbardziej nietypowym elementem koncertu. Wyglądało to tak, że Kiske i obecny w składzie od 1994 roku Andi Deris śpiewali kolejne utwory wspólnie lub osobno, a wiązankę kilku kawałków z "Walls of Jerichio" zaśpiewał sam Kai Hansen, co szczególnie uradowało najstarszych fanów zespołu, z sentymentem wracających do jego speedmetalowych początków. Fragmenty "Starlight", "Ride the Sky" i "Judas" oraz cały "Heavy Metal (Is the Law)" wypadły po prostu fenomenalnie, niczym wehikuł czasu, który przeniósł nas do roku 1985 - podobnie jak ultraszybkie solówki. Na tym polu doskonałe wrażenie robił też Michael Weikath, a swoje do zagrania miał i trzeci gitarzysta Sascha Gerstner. Swoją drogą, prezentował się trochę tak, jakby się urwał z odbywającego się w tym samym czasie w Stodole koncertu H.I.M.

To, co cieszyło najbardziej, to forma łysego jak kolano Michaela Kiske, który sam żartował, że chciał kiedyś wyglądać jak Elvis Presley, a teraz przypomina bardziej Roba Halforda. Wysoki głos wokalisty brzmiał równie mocno i szlachetnie jak przed laty. Może i Deris jest lepszym frontmanem, może i ma bardziej dopracowane ruchy scenicznie, ale pod względem siły i barwy głosu nie może się ze swoim poprzednikiem w Helloween równać. Na szczęście obaj wokaliści świetnie się uzupełniają, co potwierdzili już w otwierających koncert rozbudowanym "Halloween" i przebojowym "Dr. Stein".

Aż dziesięć z dwudziestu pięciu utworów stanowiły te pochodzące z obu części albumu "Keeper oftThe Seven Keys", cieszących się wśród fanem statusem kultowych. Oprócz wyżej wymienionych nie zabrakło takich klasyków jak "Future World", "I Want Out" czy "Im’ Alive". Trzeba też przyznać, że dobre wrażenie zrobiły kompozycje śpiewane przez samego Derisa: "If I Could Fly", "Are You Metal?" czy piękna ballada "Forever and One (Neverland)", w duecie z Kiske.

To nie był tylko koncert – to był show, którego centralnym elementem był wielki telebim, na którym przez cały czas wyświetlano animowane filmiki nawiązujące do historii zespołu i jego logo (nieodłączne dynie). W przerwach między niektórymi utworami prezentowano za to mniej lub bardziej zabawne opowiastki o przygodach Setha i Doca, trochę w klimacie "South Park". Był też wzruszający hołd dla zmarłego przed laty w tragicznych okolicznościach Ingo Schwichtenberga, włącznie z jego krótkim perkusyjnym "pojedynkiem" z aktualnym członkiem zespołu, Danielem Löblem.

Warszawska Hala Koło robi dość oldschoolowe, by nie powiedzieć siermiężne wrażenie – gdyby nie garderoba fanów i telefony komórkowe, można by pomyśleć, że koncert odbywa się w jakieś hali sportowej w latach 80. Na szczęście obiekt dobrze sprawdził się akustycznie i był w stanie pomieścić ponad 3000 osób, wśród których zdecydowanie dominowali przedstawiciele średniego pokolenia. I chyba wszyscy bawili się doskonale, pomimo dość osobliwego pomysłu organizacyjnego - napoje, nie tylko te alkoholowe, można było spożywać wyłącznie w osobnym pomieszczeniu, zupełnie odseparowanym od głównej sali. Czemu miało to służyć, nie wiadomo.

Helloween to Helloween, wiadomo, z czym się to je. Muzycznie jest bardzo szybko i melodyjnie, niekiedy balladowo, nie brakuje klasycznych harmonii i wirtuozerskich solówek, wszystko to okraszone obowiązkowymi wysokimi wokalami. W końcu to power metal. Więcej nim typowego dla święta Halloween lekkości i humoru niż prawdziwego muzycznego piekła. Ale właśnie takie dynie lubimy chyba najbardziej.

29/11/2017 14:33:58
Przejdź do listy nowości
Komentarze
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy, bądź pierwszy.
Twój komentarz
Polecane
Szukaj jakichkolwiek zdjęć!*
Zdjęcia i filmy dla dorosłych!*
Najlepszy na świecie film + wyszukiwanie!*
Darmowe randkowanie!*
Portale społecznościowe
 @muzmo_pl
muzmo.org © 2009-2018
Kontakt zwrotny / Poinformować o błędzie