Zaloguj się RU RU EN EN PL PL ES ES
muzmo.org
Piotr Bukartyk: "dobra zmiana” nie żartuje i żartów sobie nie życzy [FRAGMENT KSIĄŻKI]
 Add to favorites

Piotr Bukartyk od ponad 10 lat pojawia się w radiowej Trójce, jako gość Wojciecha Manna, który śpiewa krótkie, zawsze aktualne piosenki komentujące sytuację w kraju. W swojej autobiografii opowiada o początkach pracy w radiu, ale też o ostatnim, trudnym dla stacji czasie. - Ostatni rok jest dla Trójki podobny do poprzedniego, co mogłoby prowadzić do pochopnego wniosku, że gorzej nie będzie, bo się nie da - pisze. – Dobra zmiana nie żartuje i żartów sobie nie życzy – dodaje.

W swojej nadchodzacej autobiografii zatytułowanej "Fatalny przykład dla młodzieży" w rozdziale "Trójka, co z nią będzie" Bukartyk zdradza kulisy wymiany ekip w Trójce wraz ze zmianą rządów.

- Jest grupa – czapa, która przychodzi podczas każdej zmiany rządu – i to już nie jest Trójka, choć słyszałem wielokrotnie, jak ci ludzie tak o sobie mówią. Ci państwo unikają zaglądania do studia, mija się ich w korytarzach albo nie widuje wcale. Wydają, a raczej przekazują decyzje z jakiegoś tajnego bunkra, którego prawdziwy adres i tak przecież wszyscy znają – pisze Bukartyk.

Używanie radia, ale także telewizji i innych mediów to przekazywania politycznych treści komentuje ostro

- Tuba narodowej propagandy składa się z wielu rur, ale przez wszystkie pierdzą te same usta

Przeczytajcie fragment autobiografii Piotra Bukartyka:

Zabrzmi to dziwnie, ale tak właśnie było. Przygodę z Programem Trzecim Polskiego Radia zawdzięczam wizycie w Radiu Zet. Zaprosił mnie tam Krzysztof Skowroński – późniejszy dyrektor Trójki. Audycja Skowrońskiego „Koktajl Mołotowa” miała formułę rozmowy na bieżące tematy okołopolityczne. Do studia przychodzili posłowie, ministrowie, a tym razem jeszcze ja – do końca nie wiedząc po co. Nikt mnie o nic nie pytał, siedziałem sobie z boku, popijając kawę i zastanawiając się, co właściwie tutaj robię. Aż tu nagle Krzysztof mówi: „A teraz o komentarz do dyskusji poprosimy autora płyty Szampańskie wersety, tekściarza Piotra Bukartyka”. Być może było tak w każdym odcinku, ale nie znałem wcześniej tej audycji, poza tym słuchając rozmowy panów o ekonomii, o mało nie zasnąłem. Zebrałem jednak szybko myśli i powiedziałem mniej więcej coś takiego: „Gratuluję wszystkim panom, że udało wam się przez czterdzieści minut mówienia bez przerwy kompletnie nic nie powiedzieć. Nie zrozumiałem z waszej dyskusji niczego i myślę, że większość ludzi też nie, ale nie szkodzi, bo i tak było to interesujące doświadczenie, podobnie jak słuchanie piosenek w języku suahili – nie wiadomo, o co chodzi, ale brzmi fantastycznie”. Skończyłem, ale minę miałem nietęgą.

Redaktor Skowroński tylko się uśmiechnął i podziękował gościom za udział w audycji. A potem minęło dziesięć lat. Kiedy zadzwonił do mnie kolega Adaś, mówiąc, że w Trójce jest nowy dyrektor, że warto się do niego odezwać, bo to przytomny młody człowiek, a przy tym filozof i pozytywny świr – to w ogóle nie skojarzyłem tego gościa z tamtym gościem z Radia Zet. Kolega Adaś wiedział, że potrzebuję jakiegoś miejsca, gdzie mógłbym robić coś sensownego. Że mało gram, że się frustruję i potrzebuję w życiu jakiejś zmiany, najlepiej natychmiast. Zdobył dla mnie telefon do nowego dyrektora Trójki, a ja zadzwoniłem: „Halo, czy rozmawiam z panem dyrektorem radia? Nazywam się Bukartyk, jestem niezwykle płodnym autorem i potrzebuję jakiejś radiostacji, żebym mógł eksplodować talentem”. „Drogi panie, w Trójce pracują najlepsi”. Na co ja: „Właśnie dlatego dzwonię, żeby to, co pan powiedział, rzeczywiście mogło stać się prawdą”. To go rozbawiło na tyle, że zaprosił mnie na rozmowę. To go rozbawiło na tyle, że zaprosił mnie na rozmowę. Szedłem na nią, zastanawiając się, czy w ogóle przepuszczą mnie przez bramkę. Przychodzę na Myśliwiecką, a tu na bramce czeka przepustka – czyli wygląda na to, że potraktowano mnie poważnie. Krzysztof wychodzi po mnie na korytarz i zaprasza do gabinetu. Nie rozpoznaję w nim tamtego gościa z Zetki, a on to widzi i najwyraźniej go to bawi. Do samego końca się nie zdradził, a ja skojarzyłem fakty dopiero parę miesięcy później. Nie miały zresztą wpływu na naszą rozmowę. Siedzieliśmy w jego gabinecie i przez bite dwie godziny naprawialiśmy świat. Przez cały ten czas sekretariat nie wpuszczał nikogo, bo pan dyrektor właśnie rozmawia z jakimś misiem z ulicy. Przyniesiono nam kawę i ciasteczka, a my omawialiśmy różne warianty przyszłej współpracy. Zaproponowałem mu wtedy taką opcję: „Słuchaj, powiedz jakiś wyraz i to będzie temat, na który do jutra napiszę ci piosenkę”. Powiedział, że w to nie wierzy, a ja, żeby spróbował. „No dobra, w takim razie… kura!”.

Następnego dnia przyniosłem mu coś takiego:

kura nie za wiele może

kura bez polotu ptak

kurze obce są przestworza

choćby chciała nie wie jak

się wzbić a ty się wstydź

ty który kurę jesz

i myślisz może że w hierarchii bożej

ona niżej postawiona…

…i tak dalej. Nie pamiętam całego tekstu, ale w dalszych zwrotkach nawiązywałem do badań nad pochodzeniem ptaków i kończyłem tak:

wnuk dinozaura

chrzęści w zębach karła

kolejna cząstka duszy mej

umarła

Ułożyłem prostą melodyjkę, przyszedłem i zagrałem. Reakcja redakcji była entuzjastyczna – wow, co za świr! I tak dostałem angaż. Przez pierwsze tygodnie grałem piosenki w ramach audycji „Koza”, którą prowadził Andrzej Nejman. Gdy okazało się, że zdejmują ten program z ramówki, Skowroński wezwał mnie do siebie i powiedział: „Powinieneś przejść do Wojtka Manna, a w zasadzie to już jesteś z nim umówiony”.

Pojechałem na ulicę Mickiewicza do siedziby MM Communications, otworzyła miła sekretarka. „Pan Bukartyk? Zapraszam, czekaliśmy na pana”. Czułem się trochę tak, jak pacholę z PGR-u na wycieczce w sejmie – niby też Wiejska, ale jednak inaczej niż w domu. Brakowało i tylko gumiaków i czapki uszanki, żebym miał co ściskać oburącz, przekraczając próg gabinetu. A tam, niczym generał Canaris w komiksie o kapitanie Klossie, za wielkim biurkiem siedział majestatyczny Wojciech Mann. Uśmiechnięty i chyba nawet zaciekawiony. Powiedziałem dzień dobry, a on odpowiedział tym samym. Poczułem ulgę.

„No to co robimy?” – zapytał. „No właśnie chodziłoby o to, żebyśmy nie wiedzieli, co robimy”. Taką miałem koncepcję, żeby się nie umawiać na nic, bo przecież i tak zawsze coś się dzieje.

Zaproponowałem: „Ja bym może raz w tygodniu wpadał na chwilę. W nocy bym coś ułożył, a rano zagrał. Tylko nie ustalajmy, co to ma być”. W odpowiedzi usłyszałem: „Proszę pana, ten pomysł bardzo mi się podoba. Do zobaczenia pojutrze”.

To upewniło mnie, że trafiłem pod właściwy adres. Pierwszy utwór, jaki wykonałem w audycji redaktora Manna, był chwytającą za serce balladą pod tytułem Co wy wiecie o berecie:

beret same ma zalety

chętnie noszą go kobiety

nawet wojska desantowe

zakładają go na głowę

beret nosi się przyjemnie

bo jest z włóczki i się nie mnie

można tańczyć w nim flamenco

można bawić się antenką

to jest utwór przebojowy w hołdzie dla nakrycia głowy

kiedy głowę masz w berecie zaraz lepiej ci na świecie

to jest utwór przebojowy w hołdzie dla nakrycia głowy

w nim zakupy zmieścisz pięknie gdy ci w sklepie torba pęknie

kiedy chłodno kiedy plucha

gdy na świecie zawierucha

znakomicie chroni głowę

gdyż ma kształty opływowe

ryzykuje przy tym wielce

kto dokucza nosicielce

pomyśl o tym nim cię krzepko

trzepnie babcia w łeb torebką

to jest utwór…

Zagrałem go, a gdy już było po wszystkim, ktoś powiedział: „Telefony zwariowały!”. A obok siedział Piotrek Baron, który potem co chwila powtarzał mój refren na antenie. To mnie trochę ośmieliło, bo naprawdę nie jest łatwo bawić ludzi, których się nie słyszy. Tu nie ma reakcji, nie wiadomo, czy ktoś się śmieje, płacze, czy może wszyscy zmienili stację. Jest tylko mikrofon i realizator za szybą, zwykle wpatrzony w swoją konsoletę. Dużo czasu minęło, zanim poczułem się w tych okolicznościach w miarę swobodnie. Teraz kontakt wzrokowy z reżyserką przychodzi mi łatwiej, więc czasem, grając, uśmiecham się do dziewczyn. Szczególnie uważnie obserwuję Zosię Kruszewską, bo po jej minie od razu widzę, czy piosenka się udała, czy wręcz przeciwnie. Wsparciem bywa mi też gitarzysta Krzysztof, o ile akurat nie zaśpi lub nie utkwi w korku.

Ryzykowałem, deklarując, że wytrzymam tempo, ale nie zakładałem, że potrwa to tak długo. Pisałem co tydzień. Teraz moi słuchacze już się przyzwyczaili, ale początkowo mało kto dawał wiarę, że te występy są naprawdę na żywo. Mówiono nawet, że nasze dialogi są nagrywane wcześniej. Dawałem sobie miesiąc, dwa, potem pół roku. Minęło jedenaście lat i nadal to robię. W tym czasie nagrałem sześć płyt – cztery studyjne i dwie koncertowe. I choć teraz, w czasach „dobrej zmiany” narodowe radio odmawia mi patronatu, a piosenki nie trafiają na playlisty, to mimo wszystko ktoś głosuje na mnie na jedynej słusznej liście przebojów, a ja dalej śpiewam u redaktora Wojtka, choć od dawna nikt mi za to nie płaci. W imię zasad… panowie – jakby powiedział Franz Maurer.

Trójka to świetny zespół ludzi, na ogół od lat związanych ze stacją. Pełnią przeróżne funkcje – to realizatorzy, wydawcy, lektorzy, serwisanci, reporterzy i wielu, wielu innych. Jest też inna grupa – czapa, która przychodzi podczas każdej zmiany rządu – i to już nie jest Trójka, choć słyszałem wielokrotnie, jak ci ludzie tak o sobie mówią. Ci państwo unikają zaglądania do studia, mija się ich w korytarzach albo nie widuje wcale. Wydają, a raczej przekazują decyzje z jakiegoś tajnego bunkra, którego prawdziwy adres i tak przecież wszyscy znają. A Skowron przychodził, witał się ze wszystkimi, zaglądał, podglądał, podrzucał pomysły, każdego znał i z każdym rozmawiał.

Nikt się go nie bał, a szanowali go nawet ci, którzy go nie lubili. Ja miałem z nim prostą umowę: „Piotrek, skoro nie lubisz ani jednych, ani drugich, to proszę cię o zachowanie równowagi. Jak będziesz chciał dowalić czarnym, to w równym stopniu dowal czerwonym”.

I to mogłem mu obiecać. To była nasza jedyna rozmowa na ten temat, na samym początku, 12 lat temu. Nigdy później nie skomentował czegoś, co jego opcji politycznej mogłoby nie odpowiadać.

A takich piosenek było wiele, dlatego że ja ich wszystkich, tych książątek z krainy frazesu dowolnej maści, naprawdę szczerze nie znoszę, więc nie mogło być inaczej. Ale on był radiowcem, a nie politykiem i choć nie utrzymuję z nim kontaktu, to mam nadzieję, że się nie zmienił. Przyszedł do Trójki, kiedy przeżywała kryzys – na skutek kolejnych „dobrych zmian” zaczęła schlebiać tanim gustom w nadziei na sukces komercyjny. Osiągała odwrotny rezultat. Skowroński przyszedł i zapowiedział powrót do starych wzorców. To było jak wyjście z fast foodu i powrót do restauracji. Wracali starzy kucharze, między innymi Wojciech Mann, rósł procentowy udział w rynku. Po burzy związanej z odsunięciem Krzyśka nastała Magda Jethon. Choć ze Skowrońskim za sobą nie przepadali, to uszanowała jego pracę i z grubsza utrzymała wyznaczony przez niego kierunek. Słupki się trzymały. A potem przyszła zmiana…

Ostatni rok jest dla Trójki podobny do poprzedniego, co mog łoby prowadzić do pochopnego wniosku, że gorzej nie będzie, bo się nie da. Słupki spadają, podobnie jak w innych rozgłośniach zależnych od władzy. Tuba narodowej propagandy składa się z wielu rur, ale przez wszystkie pierdzą te same usta. Mówię to nie bez żalu, bo przecież wciąż się tam pojawiam, choć na zasadach bliżej nieokreślonych. Ponieważ mój gospodarz uparcie bronił mnie jako „urywka z rozrywki”, mogłem psocić w miarę swobodnie do czasu, aż nowa dyrekcja, obecnie wymieniona na jeszcze nowszą, pozbyła się całego formatu, zastępując go powtórkami albo przenosząc na jakąś nieludzką porę.

Wtedy zacząłem zaglądać do redaktora przypadkiem, spacerując w piątki w okolicach radia. Od dłuższego czasu dawało się odczuć, że „dobra zmiana” nie żartuje i żartów sobie nie życzy. Po odśpiewaniu przeze mnie numeru Rząd nie ciąża były już dyrektor zapytał wprost, czy nie sądzę, że moje piosenki dzielą naród? Nie sądziłem.

Wyjaśnił: „Musi pan zrozumieć, że ja się tu staram robić takie radio zgody”. „A czy nie wydaje się panu – pomyślałem sobie – że zanim pan tu przyszedł, to takie radio było już zrobione?”

Napotykając anonimowe wpisy z żądaniem odsunięcia kwiczących świń od narodowego koryta, bez trudu rozpoznaję jeden i ten sam charakter pisma. Płatny hejt nie tyle traci impet, co nie jest w stanie utrzymać poziomu. Chwilami dochodzę do wniosku, że ze mną dzieje się podobnie, bo skoro robię coś na złość, to ostatecznie złość wygrywa. Przed rezygnacją z tej zabawy powstrzymują mnie słuchacze, którzy lubią widzieć we mnie wyraziciela ich opinii.

Podobne głosy zdarza mi się słyszeć na radiowym korytarzu. Ironią losu jest, że w ocenie tych, którzy nigdy Trójki nie słuchali albo rezygnują z niej w ramach protestu, automatycznie staję się współpracownikiem władzy. I kto mi uwierzy, że tak nie jest? Nie ma dyskusji.

Pozostaje śmiech.

Jaja wolnego człowieka

Ja wolny człowiek śmieję się

I klepię swoją biedę

A gdybyś chciał uciszyć mnie

To był już taki jeden

Co myślał sobie …jego mać

Że zabroni mi się śmiać

I kto cię dziś pamięta stary?

I twoje ciemne okulary?

Bo prosty człowiek śmieje się

I tego nikt nie zmieni

Z takich co na własnym tle

Są przewrażliwieni

I dalej sobie żarty robię

A tamten śmiać się musi w grobie

Słysząc jak mnie karci za to

Jego były prokurator

To z czego śmiejesz się chłopczyku

A cóż tematów mam bez liku

Choćby taki spacer w lesie

Człowiek śmiać się i dowiedzieć chce się

Czemu ludzki pan nad pany

W folię był opakowany

Czemu folię zdobi godło

I czy to godła nie ubodło

A co będzie z Trójką? Mam nadzieję, że przetrwa to wszystko i odzyska dawną formę. Że zgłupieliśmy tylko na chwilę.

07/11/2017 12:05:56
Przejdź do listy nowości
Komentarze
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy, bądź pierwszy.
Twój komentarz
Polecane
Szukaj jakichkolwiek zdjęć!*
Zdjęcia i filmy dla dorosłych!*
Najlepszy na świecie film + wyszukiwanie!*
Darmowe randkowanie!*
Portale społecznościowe
 @muzmo_pl
muzmo.org © 2009-2018
Kontakt zwrotny / Poinformować o błędzie