Zaloguj się RU RU EN EN PL PL ES ES
muzmo.org
Steven Wilson w Zabrzu: momenty były
 Add to favorites

Relację z zabrzańskiego koncertu Stevena Wilsona można by zamknąć w sformułowaniu będącym tytułem tego tekstu. Bo kilka naprawdę dobrych momentów podczas tego wydarzenia z pewnością miało miejsce. Wspomnieć można choćby świetne oświetlenie, dobry dźwięk czy bezbłędne wykonawstwo większości utworów.

To jednak w przypadku Wilsona od dawna jest już normą. Czym zatem różnił się ten występ od wcześniejszych, które muzyk dawał w naszym kraju? Ogólnie dość słabym wrażeniem ogólnym. Przykro, tym bardziej, że karierę artysty śledzę od naprawdę wielu lat, z reguły podchodząc dość bezkrytycznie do jego kolejnych poczynań. Nie jest to więc relacja typowego malkontenta, powtarzającego, że Wilson "skończył się na Kill ‘Em All" i teraz nic ciekawego nie jest już w stanie zaprezentować.

Pierwsza sprawa, która tym razem nie zagrała, to w mojej opinii niefortunnie dobrany repertuar. Było i sporo utworów wielbionego przez fanów Porcupine Tree, jeszcze więcej z najnowszego solowego "To The Bone" czy kilka rzeczy z wcześniejszych płyt solowych. Teoretycznie więc okej, bo nawet najnowsze solowe dokonanie Wilsona osobiście uważam za bardzo udaną wycieczkę w stronę lżejszego brzmienia i chwytliwych melodii.

Dlaczego więc, skoro teoretycznie powinno być naprawdę dobrze, nie do końca tak było? Ciężko jest to stwierdzić jednoznacznie, spróbujmy zatem po kolei. Porcupine Tree było zespołem wyjątkowym, dla wielu wręcz kultowym, o naprawdę bogatej i zróżnicowanej dyskografii. Czy więc wybór choćby infantylnego "Lazarusa" (po raz kolejny zresztą…) czy topornego "The Creator Has a Mastertape", w opinii piszącego zdecydowanie najsłabszego z całej "In Anbesentii", był trafny? Nie, nie był. Zwłaszcza, że choć Adam Holzman klawiszowcem jest świetnym, to nie jest w stanie brzmieniowo nadać tym utworom tego kosmicznego charakteru, które dawał im Richard Barbieri. To zresztą uwaga do wszystkich utworów najsłynniejszego zespołu Stevena, wykonywanych przez niego solowo.

A co z ostatnią płytą Wilsona? Rozumiem zarzuty wielu rozczarowanych nią fanów, choć osobiście ich nie podzielam. W wersji koncertowej ta "upopowiona" odsłona Stevena się jednak nie sprawdziła. Nie dawała muzykom pola do popisów, które mogłyby poruszać tak, jak choćby wtedy, kiedy sięgali po materiał z genialnej wcześniejszej płyty. A to, jak odegrane zostało "Refuge", najlepszy w mojej ocenie utwór Wilsona od wielu lat, również z najnowszej płyty, było najzwyczajniej słabe. Bez dramatyzmu i budowania napięcia, lecz przede wszystkim bez jedynej w swoim rodzaju harmonijki ustnej Marka Felthama (przecież mogła pojawić się już choćby z taśmy, jak np. wokale Ninet Tayeb). Wielka szkoda.

Niedopatrzeniem było również pomijanie, w większości lub całości, wcześniejszego dorobku solowego. "The Raven That Refused To Sing"? Jeden utwór na samo zakończenie. "Grace For Drowning" nie doczekało się żadnej reprezentacji, natomiast z "Insurgentes" tylko jeden, choć trzeba przyznać, absolutnie genialny "Harmony Korine".

Taki właśnie był ten wieczór. Bardzo długi (trwający grubo ponad dwie godziny), z doskonałymi momentami, lecz ogólne wrażenie pozostawiający raczej słabe.

18/02/2018 20:47:37
Przejdź do listy nowości
Komentarze
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy, bądź pierwszy.
Twój komentarz
Polecane
Szukaj jakichkolwiek zdjęć!*
Zdjęcia i filmy dla dorosłych!*
Najlepszy na świecie film + wyszukiwanie!*
Darmowe randkowanie!*
Portale społecznościowe
 @muzmo_pl
muzmo.org © 2009-2018
Kontakt zwrotny / Poinformować o błędzie