Zaloguj się RU RU EN EN PL PL ES ES
muzmo.org
To były piękne dni: 80. urodziny Haliny Kunickiej
 Add to favorites

Przez prawie czterdzieści lat była żoną Lucjana Kydryńskiego, jest matką Marcina Kydryńskiego, a jej synowa to Anna Maria Jopek. Nagrała wiele niezapomnianych przebojów, ale za tym największym, "Orkiestrami dętymi", zdecydowanie nie przepada. - "Dęte" przyćmiły wszystko, co zrobiłam. To mnie boli – przyznaje. Halina Kunicka, wielka dama polskiej piosenki, kończy 80 lat.

- Nigdy w życiu! - mówi Halina Kunicka, w rozmowie z radiową "Jedynką", kiedy słyszy, że jest gwiazdą. - Jestem osobą, która śpiewa i robi to, co kocha najbardziej. Pojęcie "gwiazda" to pojęcie z rejonów astronomii. Nigdy o sobie nie myślałam w ten sposób i tak niech zostanie.

Gwiazda czy nie, Kunicka to niewątpliwie wielka dama polskiej piosenki. Nagrała kilkanaście płyt i ma w dorobku wiele przebojów, które do dziś śpiewa w trakcie koncertów i recitali. Sprzedała ponad milion egzemplarzy swoich albumów.

- Nie cierpię tego drania – przyznaje w wydanym trzy lata temu wywiadzie-rzece "Świat nie jest taki zły", napisanym wspólnie z Kamilą Drecką-Anderman. To odpowiedź na pytanie o upływ czasu. - Udaję, że go nie dostrzegam, wiem jednak, że jest. Czasami widzę jakiegoś starca w telewizji, a potem się dowiaduję, że jest młodszy ode mnie...

- Ja wciąż czuję się młodą osobą – zapewnia artystka, która 18 lutego 2018 roku obchodzi 80. urodziny. - Stale się dziwię, zachwycam, reaguję, nic mi nie jest obojętne. Świat mnie interesuje. Bo przecież jednak nie jest taki zły.

Trochę dęta, trochę zabawna

Upływ tego czasu czuć też w jej repertuarze, który może wydawać się dziś dość staroświecki. To piosenka refleksyjna, często podszyta melancholią i głęboką refleksją, napisana z dbałością o melodię i tekst. Rzeczywiście z innej epoki, ale dla wielu fanów Haliny Kunickiej ponadczasowa. Chociaż najbardziej znany przebój artystki, "Orkiestry dęte", bez którego żaden jej recital nie może się odbyć, ma nieco bardziej rozrywkowy charakter.

Sama nie ukrywa, że akurat za tą piosenką, z tekstem Jana Tadeusza Stanisławskiego i muzyką Urszuli Rzeczkowskiej, nie przepada. - To zabawna, śmieszna pioseneczka – ocenia ją w rozmowie z "Monitorem Polonijnym". - Szkoda, że właśnie ten utwór wrył się w pamięć słuchaczy. Przez długie lata mojej kariery zaśpiewałam naprawdę wiele cudownych piosenek, bardzo wartościowych, pięknych, głębokich. Ale okazuje się, że zostałam w pamięci jako wykonawczyni "Orkiestr dętych".

Zbyt poetyckie i skomplikowane

Kunicka nagrała sporo innych utworów, które weszły do kanonu polskiej piosenki: "To były piękne dni", "Niech no tylko zakwitną jabłonie", "Od nocy do nocy", "Gwiazda miłości" czy "Lato, lato czeka". Ten ostatni, z filmu "Szatan z siódmej klasy" (1960), jest jednym z jej ulubionych. - Ludzie rozpoznają ją natychmiast, po pierwszej frazie – cieszy się w rozmowie z radiową "Jedynką". Wielkim przebojem była też piosenka z serialu i filmu "Noce i dnie", do muzyki Waldemara Kazaneckiego.

Jak dodaje, w repertuarze ma wiele piosenek, które nie miały szans stać się przebojami, gdyż były zbyt poetyckie lub skomplikowane muzycznie. – No i nie były aż tak nośne, by szeroka publiczność nuciła je całymi dniami – przyznaje. - Zawsze dążyłam do tego, żeby mój repertuar był różnorodny, żeby się nie skupiać na jednym gatunku. W tym repertuarze znaleźć można także klasyki międzywojennego kabaretu i rosyjskie romanse.

Różne sady, różne lasy

Wśród swoich najważniejszych osiągnięć wymienia płytę "W innym sadzie, w innym lesie", nagraną w 1973 roku z orkiestrą Andrzeja Kurylewicza, do tekstów Bolesława Leśmiana, Władysława Broniewskiego czy Juliana Tuwima. Równie wysoko ocenia wydany dekadę później album "Co się stało?", na który teksty napisał Ernest Bryll – szczególnie bliska jest jej piosenka tytułowa. - Ona niesie ze sobą wspomnienie – tłumaczy w rozmowie z "Życiem na Gorąco". - Od lat śpiewam ją z wielkim wzruszeniem i z poczuciem, że dotyka każdego z nas.

Inny ceniony przez nią własny krążek to "12 godzin z życia kobiety" z 1978 roku, z tekstami Wojciecha Młynarskiego. - Nieraz zastanawiałam się, jak mężczyzna może napisać tak głębokie i mądre teksty, typowe dla psychiki kobiety – mówi o Młynarskim.

Miłość wedle zasad

Halina Kunicka urodziła się 18 lutego 1938 roku w polskim wtedy jeszcze Lwowie. Ojciec, Wacław Kunicki, był porucznikiem Korpusu Ochrony Pogranicza - pełnił funkcję dowódcy plutonu w 1 kompanii Batalionu KOP "Hoszcza". - Poszedł na wojnę i już z niej nie wrócił – wspomina piosenkarka w swojej książce, której tytuł wzięła z fragmentu tekstu piosenki "Niech no tylko zakwitną jabłonie". - Zginął na Wschodzie. Nie wiem, gdzie jest pochowany. Znam go tylko ze zdjęć.

Kilka lat później mama przyszłej piosenkarki, Zofia, ponownie wyszła za mąż. Rodzina zamieszkała w Warszawie. - Ojczym bardzo mnie kochał, mówiłam do niego "tato" – mówi o artystka, która w wieku 18 lat została absolwentką VII Liceum Ogólnokształcące im. Juliusza Słowackiego . - Był bardzo dobry dla mnie, ale ogromnie rygorystyczny, miał surowe zasady. Wymagał punktualności, dokładności, konsekwencji, co było dla mnie trudne, te cechy nie leżały w moim charakterze.

Nudziarstwo, do tego stężone

W 1959 roku Halina Kunicka ukończyła prawo na Uniwersytecie Warszawskim, chociaż jak podkreśla, w dzieciństwie marzyła o zupełnie innym zajęciu, niezwiązanym ani z prawem, ani z muzyką. – Na Mokotowie, gdzie mieszkałam, był sklep papierniczy. Często do niego zaglądałam, a tam plastelina, zeszyty, kolorowe papierki. Bardzo pragnęłam je mieć, ale nie było mnie na nie stać. Marzyłam, że jak będę starsza, to zostanę właścicielką takiego sklepu.

Studia prawnicze okazały się dla niej, czego nie ukrywa, "nudziarstwem stężonym". - Mimo to uczyłam się pilnie, zdawałam egzaminy, przechodziłam dzielnie z roku na rok. Planowałam nawet, że zostanę sędzią dla nieletnich...

Pożegnanie z prawem

Być może te plany zostałyby zrealizowane, gdyby nie udział dziewiętnastoletniej studentki w pewnym konkursie piosenkarzy amatorów. Pomysłodawczynią była mama. - Prawie siłą zaprowadziła mnie na Myśliwiecką i dopilnowała, bym zapisała się na konkurs - mówi Marii Szabłowskiej w radiowym cyklu "Bez tajemnic". Konkurs odbył się w roku 1957.

W wywiadzie z "Monitorem Polonijnym" Kunicka przyznaje, że gdyby nie to, prawdopodobnie nie zostałby piosenkarką. - Ponieważ moja rodzina była bardzo umuzykalniona, rozśpiewana, mama grała na pianinie, więc mnie tam siłą zaciągnęła. Wystartowałam, bardzo dobrze mi poszło. Byłam wtedy na trzecim roku prawa, więc do końca miałam jeszcze jeden rok. Studia skończyłam, bo śpiewanie traktowałam jako zabawę. Nie przypuszczałam, że z prawem się pożegnam na całe życie i że właśnie śpiewanie stanie się moim życiem.

Guzik i cała Polska

W konkursie rzeczywiście poszło Kunickiej dobrze, gdyż dostała wyróżnienie, wraz ze Sławą Przybylską i Hanną Rek. - Zaczęłyśmy występować w Polskim Radiu, na żywo. Dwie-trzy piosenki z towarzyszeniem zespołu muzycznego. Było niesamowicie. Naciskano guzik i w tej sekundzie słyszała to cała Polska.

Krótko po tym pierwszym sukcesie do Kunickiej przyszli Jan Świąć i Zbigniew Kancler, członkowie kabaretu Pineska. Zaprosili ją do swojego programu. - Tam właśnie poczyniłam pierwsze kroki na estradzie, tam wydarzyło się moje pierwsze spotkanie z publicznością – wraca pamięcią do artystycznych początków w rozmowie z Szabłowską.

Lepiej późno niż wcale

Po latach Kunicka nie ukrywa, że z nagraniem pierwszego przeboju, "Lato, lato czeka", wiązały się pewne obawy, związane z porą samej rejestracji. - Powiedziano mi, że nagranie będzie późno, a gdy mnie zabierali, przerażona mama prosiła tych panów, by się mną opiekowali.

Piosenkarka niezwykle ceni sobie trzy lata spędzone na występach z Pineską. - To było modne miejsce, podobnie jak kabaret Dudek albo Szpak. Udawało mi się godzić studia z występami w kabarecie, a jeździłam z nim po całej Polsce. Wieczorem śpiewałam, a rano wsiadałam w samolot do Warszawy, leciałam na egzamin i, o dziwo, zdawałam! Potem szybki powrót na wieczorne występy w Krakowie, Poznaniu czy Wrocławiu.

- Następnie były występy w "Podwieczorku przy mikrofonie" i "Zgaduj zgaduli", pierwsza płyta, wreszcie festiwal w Sopocie - wylicza. - Zaśpiewałam tam piosenkę Marysi Koterbskiej "Chłopcy z obcych mórz". Potem miałam już własne przeboje.

Rozmowa na cztery dekady

Kunicka nigdy nie wywoływała skandali, nie szokowała wyglądem ani wypowiedziami i do dziś prowadzi bardzo spokojne życie. Jej trwające blisko czterdzieści lat małżeństwo z Lucjanem Kydryńskim, zakończone w 2006 roku śmiercią wybitnego dziennikarza, prezentera i konferansjera, uchodziło za wzorowe. Nie było zresztą wcale jej pierwszym.

- Nie zdarzały mi się ani wyskoki, ani romanse – mówi w książce. - Byłam bardzo zakochana w Stasiu, moim pierwszym mężu. Miałam 22 lata, kiedy za niego wyszłam. I było mi w tym małżeństwie dobrze.

Dlaczego więc się rozwiodła i w 1968 roku wyszła za Kydryńskiego? - Znałam go od lat, do głowy by mi nie przyszło, że coś będzie nas łączyć. Kiedyś jechaliśmy pociągiem na koncert i na korytarzu przegadaliśmy całą noc. Rozmawiało nam się fantastycznie. I odtąd fantastycznie gadało nam się przez 40 lat.

Szpital zamiast telewizji

Co ciekawe, publiczność dowiedziała się o tym małżeństwie w dosyć nietypowy sposób. Kunicka często występowała w telewizyjnym programie "Muzyka lekka, łatwa i przyjemna", którego Lucjan Kydryński był gospodarzem. Pewnego dnia się nie pojawiła, a jej nieobecność została przez niego usprawiedliwiona: "A dzisiaj Halina Kunicka nie wystąpi przed państwem, bo właśnie urodziła mi syna".

Marcin Kydryński to ceniony dziennikarz muzyczny, kompozytor i producent, popularyzator jazzu. Jego żoną jest popularna piosenkarka i kompozytorka Anna Maria Jopek.

Jak Kunicka przyznaje w rozmowie z "Monitorem Polonijnym", spotkanie z Kydryńskim okazało się przełomowe nie tylko dla jej życia prywatnego, ale i zawodowego. - Zaowocowało innym spojrzeniem na to, co robię, poszukiwaniem czegoś innego. Może się mylę, ale gdybym jego nie spotkała, być może skończyłabym na tych "Orkiestrach dętych". Do momentu spotkania Lucjana śpiewałam sobie lekkie pioseneczki, co było w zgodzie z moim radosnym usposobieniem. Dopiero mąż zaczął kształtować mój smak, poznał mnie z ciekawymi ludźmi: z Agnieszką Osiecką, Wojtkiem Młynarskim i innymi. Dzięki niemu weszłam w doborowe środowisko.

Jej zachwyt i szczęście

W 1972 roku Kunicka reprezentowała Polskę w zespole artystów na Igrzyskach Olimpijskich w Monachium. Koncertowała także w Izraelu, USA, Kanadzie i Australii, stawała na scenie paryskiej Olimpii podczas galowych koncertów polskich.

- To było przeżycie! – zapewnia w wywiadzie z "Gazetą Pomorską". - Świadomość, że stoję na scenie, gdzie śpiewała Marlena Dietrich, Edith Piaf, Charles Aznavour, wszyscy wielcy. Podejrzewam, że publiczność nie jest w stanie tego odczuć, bo to moje istnienie i myślenie w tym miejscu. Mój zachwyt i szczęście. Los dał mi coś takiego!

Upiory prosto z estrady

Artystka nie ukrywa, że nigdy nie pociągał jej blichtr związany z popularnością czy obecnością na takich festiwalach - mimo że była pierwszą Polką, wyróżnioną Nagrodą Publiczności na Międzynarodowym Festiwalu w Sopocie i pierwszą, która uczestniczyła w Festiwalu Piosenki w Tokio oraz wygrała Festiwal Przebojów w Dreźnie.

- Człowiek wiedział, że powinien tam wystąpić, bo wymagała tego popularność, a wtedy, wiadomo, w pewnych imprezach należy brać udział – mówi o polskich festiwalach, tłumacząc, dlaczego Opole czy Sopot niczym specjalnym jej nie zachwyciły. - Nigdy nie lubiłam i nie lubię się ścigać i walczyć. To było dla mnie upiorne i wspominam to z niechęcią.

- Zawsze miałam swoją ścieżkę, którą wędrowałam przez lata wspólnie z Lucjanem Kydryńskim, moim mężem, który prowadził moje recitale– wyznaje w rozmowie z "Życiem na Gorąco". - I rzadko znajdywaliśmy się na tych wszystkich słynnych festiwalach, na których wypadało być. Unikaliśmy szumu.

W 2015 roku otrzymała w Opolu Złoty Mikrofon Polskiego Radia.

Cieszyć się każdego dnia

Halina Kunicka cały czas występuje, chociaż od wielu lat nie nagrała nowej płyty. Mieszka w Warszawie, w kamienicy nieopodal ulicy Wiejskiej. W nielicznych wywiadach przyznaje, że chociaż boryka się z samotnością, to pracuje nad tym, żeby odbierać świat z optymizmem.

- Kiedy oglądam się za siebie, to dziękuję losowi, Bogu, Naturze, że moje życie było takie, a nie inne. Myślę, że zostałam obdarowana wielkim szczęściem, a moją zasługą jest tylko to, że potrafiłam i nadal potrafię to szczęście zauważyć i docenić. Potrafię cieszyć się nim każdego dnia.

Ciągle piękne dni

Jak podkreśla w rozmowie z "Gazetą Pomorską", wracając pamięcią do ostatnich momentów spędzonych ze zmarłym w 2006 roku Lucjanem Kydryńskim, każdy musi po swojemu przeżyć trudne chwile w swoim życiu. Niektórzy potrafią to udźwignąć, inni - nie. Ja już potrafię. Kiedy Lucjan zachorował na serce, zrezygnowałam z występów. Po jego śmierci wróciłam do śpiewania. To utrzymało mnie przy życiu. Jeśli kiedykolwiek mogę komukolwiek coś radzić, to najzwyczajniej w świecie nie wolno pozostawać samemu. Trzeba się otwierać, iść do ludzi i coś ze sobą zrobić.

- Kiedy przestanę śpiewać, to pewnie zapiszę się na Uniwersytet Trzeciego Wieku, żeby poznać nowych ludzi, czegoś się dowiedzieć – zapowiada. Na razie nic jednak nie zapowiada, by miało to wkrótce nastąpić. "To były piękne dni". I ciągle są.

18/02/2018 08:00:10
Przejdź do listy nowości
Komentarze
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy, bądź pierwszy.
Twój komentarz
Polecane
Szukaj jakichkolwiek zdjęć!*
Zdjęcia i filmy dla dorosłych!*
Najlepszy na świecie film + wyszukiwanie!*
Darmowe randkowanie!*
Portale społecznościowe
 @muzmo_pl
muzmo.org © 2009-2018
Kontakt zwrotny / Poinformować o błędzie